Ludowe porzekadło mówi, że do trzech razy sztuka. Okazuje się, że trzy razy to czasem zbyt mało.
Każdy kto w miarę uważnie przeczytał trzymane w ręku wydanie "Świata Motoryzacji", nie powinien mieć większych kłopotów z rozwiązaniem zagadki, jaka pojawi się na końcu niniejszej opowieści. Być może jest to najbardziej nieprawdopodobna historia spośród wszystkich, które zostały do tej pory przedstawione na tych łamach, ale zapewniamy z całą stanowczością, że zdarzyła się ona naprawdę. Zarazem, tak jak i wcześniejsze, potwierdza ona po raz n-ty tezę, iż technika wymaga sporej pokory, zaś stawiając diagnozę uporczywej usterki należy mieć świadomości, że działania mechanika są czasem jak szukanie igły w stogu siana. I to bez pewności, iż szuka się we właściwej kupie wyschniętej trawy.
Coś złego z olejem
Historia cała zaczęła się, gdy do autoryzowanego serwisu przyjechał klient, gdyż na wyświetlaczu w jego niedawno kupionym samochodzie zacnej marki pojawił się napis "check engine oil". Angielszczyzna właściciela pojazdu nie była tą z Oxfordu, ale do interesów z daleką Azją zupełnie wystarczała, posiadacz limuzyny bez większych problemów zrozumiał zatem, że z olejem w silniku dzieje się coś złego.
Oczywiście, żeby oleju było za mało po przejechaniu nowym przecież samochodem zaledwie 7300 km - tej myśli nawet nie dopuszczał do swojej świadomości. Podejrzewał raczej, że niepokojący ów komunikat od pewnego czasu migający mu przed oczyma i przeszkadzający w jeździe spowodowany został awarią elektroniki, co to teraz wpychana jest bez żadnego umiaru do samochodów. Koledze, który też niedawno kupił nowe auto, komputer już drugiego dnia wyświetlił, że trzeba szybko jechać na pierwszy przegląd.
Serwis szybko ustalił, że systemy elektroniczne funkcjonują jak należy, zatem wyświetlający się napis musi oznaczać, że oleju w silniku jest zbyt mało. Może w fabryce go poskąpili? Wtedy jednak komunikat pojawiłby się natychmiast. A może silnik się dociera i zużył trochę? Też mało prawdopodobne, bo ubytek stanowczo zbyt duży. Niemniej mechanicy ograniczyli się do dolewki 0,8 litra najlepszego oleju jaki był w serwisie (to znaczy najdroższego, za który wszelako klientowi nie policzono, choć można było, bo to materiał eksploatacyjny, a więc płatny), mając jeszcze cień nadziei, że rozwiąże to problem.
Samemu nie wolno
Nie rozwiązało oczywiście, więc druga wizyta w serwisie przebiegła już w atmosferze zdecydowanie mniej przyjemnej. Na bok poszły grzecznościowe formy "panie Gracjanie" do doradcy serwisowego, "pani Ewelinko" do kasjerki, ale też "panie Stasiu" do klienta. Czym naraził się właściciel pojazdu? Ano tym, iż samodzielnie próbował usunąć awarię w swym skomplikowanym przecież samochodzie. Konkretnie zaś poszło o to, że gdy w trakcie podróży wyświetliło mu się znane już ostrzeżenie "check engine oil" uznał się za kompetentnego do przeprowadzenia naprawy, której technologię podpatrzył podczas pierwszej wizyty w serwisie. Zakupił więc na stacji benzynowej butelkę takiego samego oleju, jakiego użyli mechanicy i połowę jej zawartości wlał do silnika. Długo następnie poszukiwał "bagnetu", aby sprawdzić czy w silniku jest już dość oleju, ale ponieważ miarki nie znalazł, więc tak na wszelki przypadek (wychodząc z założenia, że lepiej więcej niż mniej) dolał drugą połowę. W efekcie oleju w silniku zrobiło się tyle, iż komputer sterujący jednostką napędową zaniepokoił się nie na żarty i wyświetlił komunikat "engine stop". Klient oczywiście informację tę zrozumiał, ale mówiąc kolokwialnie olał ją, gdyż jak stwierdził, nie nawykł, aby z reklamacją do serwisu jechać na sznurku.
Wymiana numer 1
Wkrótce jednak laweta okazała się niezbędna. Wprawdzie podczas drugiej wizyty z serwisie (tej która przebiegła w niemiłej atmosferze) nadmiar oleju odessano i zapis o zbyt wysokim poziomie z pamięci sterownika wykasowano, ale to nie pomogło. Parę dni później, krótko po rozruchu, rozbłysła kontrolka w kolorze żółtym i z napisem "check engine". Właściciel auta początkowo chciał znów dojechać do serwisu "o własnych siłach", ale siły te były bardzo mizerne - samochód ledwo się toczył, zaś silnik co chwila gasł.
Przy tak już poważnych problemach z pojazdem kosztującym jednak ładny kawałek grosza, klient zasługiwał na lepsze potraktowanie. Oprócz dobrego słowa dostał więc tym razem samochód zastępczy, tudzież solenne zapewnienie, że usterka zostanie usunięta metodą gwarantującą pełną skuteczność, bo poprzez wymianę silnika. Uwagę doradcy serwisowego, że w ten sposób pojazd zyska na wartości, gdyż gwarancja na silnik skończy się później niż na całe auto, klient przyjął jednak bez entuzjazmu.
Przystąpiono zatem do wymiany jednostki napędowej. Przy okazji mechanicy, dla których operacja taka spowodowana nadmiernym zużyciem oleju przez silnik nie była pierwszyzną, z ciekawości odkręcili głowicę. No i zobaczyli, że dwa z sześciu cylindrów zostały mocno zeszlifowane. Na ich powierzchni pojawiły się szerokie na parę centymetrów, wypolerowane pionowe pasy.
Po tygodniu samochód z nowym silnikiem i po jeździe próbnej, która przebiegła bez jakichkolwiek problemów, wrócił do swego właściciela. Jednocześnie do pierwotnego stanu wróciła kultura wzajemnego kontaktu klient-serwis i odwrotnie, czyli ponownie w użyciu znalazły się formy pan/pani plus imię, zwykle nawet zdrobniale.
Wymiana numer 2
Na tym rzecz jasna cała historyjka się nie zakończyła. A jeśli ktoś podejrzewa, że powodem jej dalszego ciągu były znów perturbacje z silnikiem ten oczywiście ma rację. By jednak nie rozwlekać opowieści nie wzbogacającymi już ją informacjami, powiedzmy skrótowo: nastąpił powrót do stanu "nie jechania" z wyświetlającym się "check engine" i wcześniejszym trzykrotnym dolewaniem oleju.
Gwarant (przedstawicielstwo producenta pojazdu), który w tym momencie wchodzi na scenę, wysyłając następny silnik przezornie dołożył doń papier nakazujący wykonanie wymiany w sposób szczególnie staranny. Polecenie to wykonano w ten sposób, że samochód postał w serwisie tygodnie dwa, a nie jeden jak poprzednio. Dodatkowo za swą impertynencję Gwarant został ukarany dodatkowymi kosztami wynikający z udostępnienia klientowi auta zastępczego.
Wymiana numer 3
Kolejny, tzn. trzeci silnik dotarł do serwisu z dwoma już dokumentami, bo eleganckich pism w obcym języku nie wypada chyba nazywać papierami. Pierwsze z nich nakazywało przekazanie niesprawnego silnika bez rozbiórki do Gwaranta i to, cytujemy, "najszybszym środkiem wysyłki". W drugim Gwarant domagał się, aby staranny montaż objął również "dokładne sprawdzenie układu dolotu i filtrowania powietrza". Uwaga rzucona przez jednego z młodych mechaników podczas debaty nad tym dokumentem, że jakby powietrze było z piachem, to wcześniej padłby bardzo wrażliwy miernik masy powietrza, nie została potraktowana poważnie. A szkoda, bo gdyby pójść tą drogą to być może... A tak wszystko poszło utartym szlakiem i skoro kazali zająć się układem dolotu i filtrowania, no to dosłownie wszystko co można było w nim wymienić, począwszy od "dzióbka", w który wpada powietrze, aż po gumę łączącą układ z kolektorem dolotowym, zostało wymienione na nowe.
Niewiele to niestety pomogło, bo trzeci silnik z nowym układem dolotu podziałał tylko trochę dłużej. Za to przejście w tryb awaryjny nastąpiło nie po drugim czy trzecim, lecz już po pierwszym uzupełnieniu poziomu oleju.
Sprawą dziwną była stoicka postawa właściciela auta od momentu "po drugim silniku". Grzecznie otóż zgłaszał się on z kolejnymi reklamacjami do serwisu, bez słowa sprzeciwu kwitował odbiór samochodu zastępczego, który komfortem do pięt nawet nie dorastał psującej się wciąż limuzynie, chętnie wyrażał zgodę na jazdy próbne. Prosił tylko aby z dokumentów, jakie w jednym egzemplarzu powstawały w serwisie "w związku ze sprawą" robić dla niego ksero. Tak dla porządku, jak fałszywie wyjaśniał. Fałszywie, gdyż nie o porządek klientowi chodziło, lecz o wymianę samochodu na nowy, a właściwie na taki, co się da sprzedać drożej, ponieważ będzie o rok młodszy. Dzięki tej klientowskiej miłości do pieniędzy serwisowi zaoszczędzonych zostało wiele stresujących sytuacji. Na przykład nie padła żadna cierpka uwaga, gdy na tle plakatu ze sloganem "Jesteśmy kompletnie kompetentni" wypisywane było zlecenie na wymianę, staranną oczywiście, silnika numer cztery.
Wymiana numer 4
Ten czwarty też pewnie nie byłby ostatni, gdyby nie przypadek podczas końcowych operacji związanych z montażem silnika w samochodzie. Otóż zwyczajowo po podłączeniu wszystkiego co potrzeba i uruchomieniu silnika ogląda się go od spodu, by sprawdzić czy czasem coś nie cieknie, albo czy paski o coś nie ocierają. W trakcie kontroli tej młody mechanik dostrzegł... No właśnie, co młody mechanik zauważył i jaki był związek tego czegoś z awariami kolejno montowanych silników?
Każdy kto w miarę uważnie przeczytał trzymane w ręku wydanie "Świata Motoryzacji", nie powinien mieć większych kłopotów z rozwiązaniem zagadki, jaka pojawi się na końcu niniejszej opowieści. Być może jest to najbardziej nieprawdopodobna historia spośród wszystkich, które zostały do tej pory przedstawione na tych łamach, ale zapewniamy z całą stanowczością, że zdarzyła się ona naprawdę. Zarazem, tak jak i wcześniejsze, potwierdza ona po raz n-ty tezę, iż technika wymaga sporej pokory, zaś stawiając diagnozę uporczywej usterki należy mieć świadomości, że działania mechanika są czasem jak szukanie igły w stogu siana. I to bez pewności, iż szuka się we właściwej kupie wyschniętej trawy.
Coś złego z olejem
Historia cała zaczęła się, gdy do autoryzowanego serwisu przyjechał klient, gdyż na wyświetlaczu w jego niedawno kupionym samochodzie zacnej marki pojawił się napis "check engine oil". Angielszczyzna właściciela pojazdu nie była tą z Oxfordu, ale do interesów z daleką Azją zupełnie wystarczała, posiadacz limuzyny bez większych problemów zrozumiał zatem, że z olejem w silniku dzieje się coś złego.
Oczywiście, żeby oleju było za mało po przejechaniu nowym przecież samochodem zaledwie 7300 km - tej myśli nawet nie dopuszczał do swojej świadomości. Podejrzewał raczej, że niepokojący ów komunikat od pewnego czasu migający mu przed oczyma i przeszkadzający w jeździe spowodowany został awarią elektroniki, co to teraz wpychana jest bez żadnego umiaru do samochodów. Koledze, który też niedawno kupił nowe auto, komputer już drugiego dnia wyświetlił, że trzeba szybko jechać na pierwszy przegląd.
Serwis szybko ustalił, że systemy elektroniczne funkcjonują jak należy, zatem wyświetlający się napis musi oznaczać, że oleju w silniku jest zbyt mało. Może w fabryce go poskąpili? Wtedy jednak komunikat pojawiłby się natychmiast. A może silnik się dociera i zużył trochę? Też mało prawdopodobne, bo ubytek stanowczo zbyt duży. Niemniej mechanicy ograniczyli się do dolewki 0,8 litra najlepszego oleju jaki był w serwisie (to znaczy najdroższego, za który wszelako klientowi nie policzono, choć można było, bo to materiał eksploatacyjny, a więc płatny), mając jeszcze cień nadziei, że rozwiąże to problem.
Samemu nie wolno
Nie rozwiązało oczywiście, więc druga wizyta w serwisie przebiegła już w atmosferze zdecydowanie mniej przyjemnej. Na bok poszły grzecznościowe formy "panie Gracjanie" do doradcy serwisowego, "pani Ewelinko" do kasjerki, ale też "panie Stasiu" do klienta. Czym naraził się właściciel pojazdu? Ano tym, iż samodzielnie próbował usunąć awarię w swym skomplikowanym przecież samochodzie. Konkretnie zaś poszło o to, że gdy w trakcie podróży wyświetliło mu się znane już ostrzeżenie "check engine oil" uznał się za kompetentnego do przeprowadzenia naprawy, której technologię podpatrzył podczas pierwszej wizyty w serwisie. Zakupił więc na stacji benzynowej butelkę takiego samego oleju, jakiego użyli mechanicy i połowę jej zawartości wlał do silnika. Długo następnie poszukiwał "bagnetu", aby sprawdzić czy w silniku jest już dość oleju, ale ponieważ miarki nie znalazł, więc tak na wszelki przypadek (wychodząc z założenia, że lepiej więcej niż mniej) dolał drugą połowę. W efekcie oleju w silniku zrobiło się tyle, iż komputer sterujący jednostką napędową zaniepokoił się nie na żarty i wyświetlił komunikat "engine stop". Klient oczywiście informację tę zrozumiał, ale mówiąc kolokwialnie olał ją, gdyż jak stwierdził, nie nawykł, aby z reklamacją do serwisu jechać na sznurku.
Wymiana numer 1
Wkrótce jednak laweta okazała się niezbędna. Wprawdzie podczas drugiej wizyty z serwisie (tej która przebiegła w niemiłej atmosferze) nadmiar oleju odessano i zapis o zbyt wysokim poziomie z pamięci sterownika wykasowano, ale to nie pomogło. Parę dni później, krótko po rozruchu, rozbłysła kontrolka w kolorze żółtym i z napisem "check engine". Właściciel auta początkowo chciał znów dojechać do serwisu "o własnych siłach", ale siły te były bardzo mizerne - samochód ledwo się toczył, zaś silnik co chwila gasł.
Przy tak już poważnych problemach z pojazdem kosztującym jednak ładny kawałek grosza, klient zasługiwał na lepsze potraktowanie. Oprócz dobrego słowa dostał więc tym razem samochód zastępczy, tudzież solenne zapewnienie, że usterka zostanie usunięta metodą gwarantującą pełną skuteczność, bo poprzez wymianę silnika. Uwagę doradcy serwisowego, że w ten sposób pojazd zyska na wartości, gdyż gwarancja na silnik skończy się później niż na całe auto, klient przyjął jednak bez entuzjazmu.
Przystąpiono zatem do wymiany jednostki napędowej. Przy okazji mechanicy, dla których operacja taka spowodowana nadmiernym zużyciem oleju przez silnik nie była pierwszyzną, z ciekawości odkręcili głowicę. No i zobaczyli, że dwa z sześciu cylindrów zostały mocno zeszlifowane. Na ich powierzchni pojawiły się szerokie na parę centymetrów, wypolerowane pionowe pasy.
Po tygodniu samochód z nowym silnikiem i po jeździe próbnej, która przebiegła bez jakichkolwiek problemów, wrócił do swego właściciela. Jednocześnie do pierwotnego stanu wróciła kultura wzajemnego kontaktu klient-serwis i odwrotnie, czyli ponownie w użyciu znalazły się formy pan/pani plus imię, zwykle nawet zdrobniale.
Wymiana numer 2
Na tym rzecz jasna cała historyjka się nie zakończyła. A jeśli ktoś podejrzewa, że powodem jej dalszego ciągu były znów perturbacje z silnikiem ten oczywiście ma rację. By jednak nie rozwlekać opowieści nie wzbogacającymi już ją informacjami, powiedzmy skrótowo: nastąpił powrót do stanu "nie jechania" z wyświetlającym się "check engine" i wcześniejszym trzykrotnym dolewaniem oleju.
Gwarant (przedstawicielstwo producenta pojazdu), który w tym momencie wchodzi na scenę, wysyłając następny silnik przezornie dołożył doń papier nakazujący wykonanie wymiany w sposób szczególnie staranny. Polecenie to wykonano w ten sposób, że samochód postał w serwisie tygodnie dwa, a nie jeden jak poprzednio. Dodatkowo za swą impertynencję Gwarant został ukarany dodatkowymi kosztami wynikający z udostępnienia klientowi auta zastępczego.
Wymiana numer 3
Kolejny, tzn. trzeci silnik dotarł do serwisu z dwoma już dokumentami, bo eleganckich pism w obcym języku nie wypada chyba nazywać papierami. Pierwsze z nich nakazywało przekazanie niesprawnego silnika bez rozbiórki do Gwaranta i to, cytujemy, "najszybszym środkiem wysyłki". W drugim Gwarant domagał się, aby staranny montaż objął również "dokładne sprawdzenie układu dolotu i filtrowania powietrza". Uwaga rzucona przez jednego z młodych mechaników podczas debaty nad tym dokumentem, że jakby powietrze było z piachem, to wcześniej padłby bardzo wrażliwy miernik masy powietrza, nie została potraktowana poważnie. A szkoda, bo gdyby pójść tą drogą to być może... A tak wszystko poszło utartym szlakiem i skoro kazali zająć się układem dolotu i filtrowania, no to dosłownie wszystko co można było w nim wymienić, począwszy od "dzióbka", w który wpada powietrze, aż po gumę łączącą układ z kolektorem dolotowym, zostało wymienione na nowe.
Niewiele to niestety pomogło, bo trzeci silnik z nowym układem dolotu podziałał tylko trochę dłużej. Za to przejście w tryb awaryjny nastąpiło nie po drugim czy trzecim, lecz już po pierwszym uzupełnieniu poziomu oleju.
Sprawą dziwną była stoicka postawa właściciela auta od momentu "po drugim silniku". Grzecznie otóż zgłaszał się on z kolejnymi reklamacjami do serwisu, bez słowa sprzeciwu kwitował odbiór samochodu zastępczego, który komfortem do pięt nawet nie dorastał psującej się wciąż limuzynie, chętnie wyrażał zgodę na jazdy próbne. Prosił tylko aby z dokumentów, jakie w jednym egzemplarzu powstawały w serwisie "w związku ze sprawą" robić dla niego ksero. Tak dla porządku, jak fałszywie wyjaśniał. Fałszywie, gdyż nie o porządek klientowi chodziło, lecz o wymianę samochodu na nowy, a właściwie na taki, co się da sprzedać drożej, ponieważ będzie o rok młodszy. Dzięki tej klientowskiej miłości do pieniędzy serwisowi zaoszczędzonych zostało wiele stresujących sytuacji. Na przykład nie padła żadna cierpka uwaga, gdy na tle plakatu ze sloganem "Jesteśmy kompletnie kompetentni" wypisywane było zlecenie na wymianę, staranną oczywiście, silnika numer cztery.
Wymiana numer 4
Ten czwarty też pewnie nie byłby ostatni, gdyby nie przypadek podczas końcowych operacji związanych z montażem silnika w samochodzie. Otóż zwyczajowo po podłączeniu wszystkiego co potrzeba i uruchomieniu silnika ogląda się go od spodu, by sprawdzić czy czasem coś nie cieknie, albo czy paski o coś nie ocierają. W trakcie kontroli tej młody mechanik dostrzegł... No właśnie, co młody mechanik zauważył i jaki był związek tego czegoś z awariami kolejno montowanych silników?