Każdy komputer jest tak mądry jak ludzie, którzy pisali jego oprogramowania. A ci nie są w stanie przewidzieć wszystkich przypadków.
Gdy czwarty już raz do cieszącej się zasłużoną renomą na południu naszego kraju autoryzowanej stacji obsługi samochodów bardzo szacownej marki przybył właściciel nie taniej przecież limuzyny, szef serwisu lekko się zdenerwował. Białej gorączki dostał słysząc ponownie słowa: "Kontrolka ABS znowu się pali". Tyle pracy, tyle nowych części, a tu nic - znowu się pali!
Rzecz cała zaczęła się zaś tak. Pewnemu panu poszczęściło się - ciocia z USA nareszcie zostawiła duży spadek, a zakład w którym pracował został sprywatyzowany i nowy właściciel odkupił od załogi akcje płacąc za nie bardzo przyzwoicie. Zabezpieczony finansowo pan zaszył się więc w górach o czym zawsze marzył, wymienił żonę na młodszą, a na koniec, by z położonej na odludziu posiadłości móc dojechać do cywilizacji kupił sobie dwa nowiutkie samochody. Terenowy i limuzynę.
Po roku spokoju z limuzyną zaczął się kłopot. Regularnie, wraz z nadejściem nieco późniejszej górskiej wiosny, pan pojawiał się w nią w serwisie i meldował, że "ABS się pali". Ten myślowo-werbalny skrót oznaczał, iż po rozruchu auta czasem rozbłyska kontrolka z napisem ABS, zaś na ekranie zespołu wskaźników wyświetla się napis "ABS unaktive". Awaria ta dawała znać o sobie przez 4 lata z rzędu, przy czym była najwyraźniej sezonowa, bo kończyła się z nadejściem zimy. Można by podejrzewać, że w niskiej temperaturze następowała jakaś cudowna samoczynna naprawa.
Dla diagnostów z autoryzowanej jak najbardziej stacji obsługi deprymujące było to, że w serwisie nic się nie zapałało. Na początku podejrzewali klienta o konfabulacje lub omamy wzrokowe, lecz nieubłagany i nieprzekupny świadek wszystkiego co się dzieje w sieci CAN samochodu, czyli moduł MGW, potwierdzał słowa właściciela limuzyny. Za każdym razem z pamięci modułu można było odczytać zapis "błąd komunikacji z modułem ABS". Co zapisywał ów nadzorca CAN wyjaśnia rysunek.
Wprawdzie w serwisie pomimo usilnych starań nigdy nie udało się zaobserwować wyświetleń błędu ABS, ale komunikat uwieczniony w pamięci modułu, tudzież reklamacje zgłaszane przez klienta zobowiązywały do tego, aby coś zrobić. Do zrobienia było jednak niewiele. Komputerów się nie naprawia, tylko wymienia na nowe. Podejrzany MGW i sterownik ABS poszły na pierwszy ogień, MGW nawet dwukrotnie. Dla pewności. Wykonywane po naprawach w różnych warunkach wielokilometrowe jazdy próbne za każdym razem wskazywały, że wszystko jest w najlepszym porządku, kontrolka ABS w ich trakcie ani razu nawet nie błysnęła.
Wymiany komputerów zamieszanych w zapis błędu nie przynosiły trwałej poprawy. Gdy nadchodziła zima był spokój, wraz z wiosną temat zapalającej się lampki ABS wracał, już nie jak bumerang, lecz wystawiony bez pokrycia weksel. Zrażeni niepowodzeniami w akcji komputerowej serwisanci przystąpili zatem do prac, można powiedzieć, elektryfikacyjnych. Z benedyktyńską cierpliwością wymienili kilkadziesiąt drobnych jak wykałaczka pinów we wtykach wiązek elektrycznych. I znów podczas prób w serwisie i jazd próbnych było dobrze. Ale nie u klienta, który uporczywie powracał z meldunkiem "znowu się pali".
Po czterech latach użytkowania limuzyny jej zmęczony podróżami do serwisu właściciel, zasięgnąwszy porady u adwokata, zwrócił się do sprzedawcy auta z uprzejmą prośbą o wymianę samochodu na analogiczny, ale wolny od wady polegającej na zapalaniu się kontrolki ABS. Na takie dictum sprzedawca pojazdu zawezwał importera, aby zgodnie z procedurą przysłał kogoś do potwierdzenia, że pojawiającej się awarii usunąć nie sposób, gdyż pomimo skutecznych napraw w serwisie (w serwisie nigdy nic się nie wyświetlało) powraca ona, na co wskazują zapisy w pamięci MGW. "Jeżeli zima to oczywiście później, a jak nie to wcześniej" - tak było napisane na firmowym papierze dealera.
Krótka rozmowa przedstawiciela importera z właścicielem limuzyny, który stawił się na spotkanie zaowocowała dodatkowymi wyjaśnieniami. Oto powiedział on, że podczas kolejnych zim nie zgłaszał żadnych reklamacji, gdyż samochód spędzał je w ciepłym garażu w domku w górach. Musiał tam stać, bo po pierwszych opadach śniegu komunikację był w stanie zapewnić tylko drugi pojazd - ten terenowy, zaś po następnych, aż do wiosny - wyłącznie trakcja konno-sanna. Na pytanie w sprawie akumulatora klient wyraził szczere zdziwienie. Instrukcji nie czytał, bo za długa (racja), zaś zgadując (słusznie), że może być w niej uwaga o konieczności okresowego podłączenia długo nie używanej baterii do prostownika uprzedzająco ripostował, iż limuzyna to nie telefon komórkowy by ją w kółko ładować. A zresztą, ciągnął opowieść, samochód niechętnie wprawdzie, ale jednak zapalał. Może dlatego że garaż jest naprawdę ciepły, 20 oC to w nim minimum, w końcu czego się nie robi dla limuzyny.
Analiza zleceń na naprawy potwierdziła sezonowość wizyt klienta i jednocześnie pozwoliła ustalić, że przypadek kwalifikuje się do tych, które literatura fachowa określa eufemistycznie mianem "szczególnych warunków użytkowania". Oto bowiem w ciągu czterech lat samochód przejechał zaledwie 12 tysięcy kilometrów, z czego 6 tysięcy w pierwszym roku. Jak tłumaczył właściciel auta na początku "jeździłem dużo, aby wszystkie niesprawności wyszły na gwarancji, no i wyszło to zapalanie się ABS-u".
Dalej sprawa potoczyła już szybko. Podłączony w celu diagnostycznym tester za nic nie chciał rozpoznać baterii z limuzyny jako akumulatora - oprogramowanie konsekwentnie sugerowało przerwę w przewodach połączeniowych. Dopiero niecnie oszukany wpisem "badany akumulator motocykla" zdecydował się na określenie pojemności na 8 Ah. Tylko w drodze wyjątku i tylko na próbę klient zgodził się na zamontowanie nowego akumulatora, gdyż, popierany przez załogę serwisu, stwierdził, że "to nie może być takie proste". Na odjezdne zapowiedział, iż sfilmuje i zadzwoni, jak się "ABS znów zapali". Nie zadzwonił, co pozwala przypuszczać, że i nie sfilmował "zapalonego ABS-u".
Pora już wyjaśnić jaka była przyczyna całego tego zamieszania z "palącym się ABS-em". Po początkowym okresie w miarę regularnej eksploatacji, gdy auto przejechało kilka tysięcy kilometrów, odstawiono je na przymusowy zimowy postój w trakcie którego został uszkodzony akumulator. Uruchomienie "wiosenne" było możliwe tylko dzięki temu, że silnik był praktycznie ciepły, a to z powodu intensywnie ogrzewanego garażu. Olbrzymi spadek napięcia w instalacji samochodu do jakiego dochodziło podczas rozruchu skutkował jednak zerwaniem komunikacji pomiędzy modułami, co z kolei owocowało zapisem błędu. Podczas jazdy do serwisu akumulator o mocno zmniejszonej pojemności miał czas się naładować, więc znikały warunki do ujawnienia błędu. Tym bardziej nie było ich w trakcie intensywnych jazd próbnych.
Rzecz cała zaczęła się zaś tak. Pewnemu panu poszczęściło się - ciocia z USA nareszcie zostawiła duży spadek, a zakład w którym pracował został sprywatyzowany i nowy właściciel odkupił od załogi akcje płacąc za nie bardzo przyzwoicie. Zabezpieczony finansowo pan zaszył się więc w górach o czym zawsze marzył, wymienił żonę na młodszą, a na koniec, by z położonej na odludziu posiadłości móc dojechać do cywilizacji kupił sobie dwa nowiutkie samochody. Terenowy i limuzynę.
Po roku spokoju z limuzyną zaczął się kłopot. Regularnie, wraz z nadejściem nieco późniejszej górskiej wiosny, pan pojawiał się w nią w serwisie i meldował, że "ABS się pali". Ten myślowo-werbalny skrót oznaczał, iż po rozruchu auta czasem rozbłyska kontrolka z napisem ABS, zaś na ekranie zespołu wskaźników wyświetla się napis "ABS unaktive". Awaria ta dawała znać o sobie przez 4 lata z rzędu, przy czym była najwyraźniej sezonowa, bo kończyła się z nadejściem zimy. Można by podejrzewać, że w niskiej temperaturze następowała jakaś cudowna samoczynna naprawa.
Dla diagnostów z autoryzowanej jak najbardziej stacji obsługi deprymujące było to, że w serwisie nic się nie zapałało. Na początku podejrzewali klienta o konfabulacje lub omamy wzrokowe, lecz nieubłagany i nieprzekupny świadek wszystkiego co się dzieje w sieci CAN samochodu, czyli moduł MGW, potwierdzał słowa właściciela limuzyny. Za każdym razem z pamięci modułu można było odczytać zapis "błąd komunikacji z modułem ABS". Co zapisywał ów nadzorca CAN wyjaśnia rysunek.
Wprawdzie w serwisie pomimo usilnych starań nigdy nie udało się zaobserwować wyświetleń błędu ABS, ale komunikat uwieczniony w pamięci modułu, tudzież reklamacje zgłaszane przez klienta zobowiązywały do tego, aby coś zrobić. Do zrobienia było jednak niewiele. Komputerów się nie naprawia, tylko wymienia na nowe. Podejrzany MGW i sterownik ABS poszły na pierwszy ogień, MGW nawet dwukrotnie. Dla pewności. Wykonywane po naprawach w różnych warunkach wielokilometrowe jazdy próbne za każdym razem wskazywały, że wszystko jest w najlepszym porządku, kontrolka ABS w ich trakcie ani razu nawet nie błysnęła.
Wymiany komputerów zamieszanych w zapis błędu nie przynosiły trwałej poprawy. Gdy nadchodziła zima był spokój, wraz z wiosną temat zapalającej się lampki ABS wracał, już nie jak bumerang, lecz wystawiony bez pokrycia weksel. Zrażeni niepowodzeniami w akcji komputerowej serwisanci przystąpili zatem do prac, można powiedzieć, elektryfikacyjnych. Z benedyktyńską cierpliwością wymienili kilkadziesiąt drobnych jak wykałaczka pinów we wtykach wiązek elektrycznych. I znów podczas prób w serwisie i jazd próbnych było dobrze. Ale nie u klienta, który uporczywie powracał z meldunkiem "znowu się pali".
Po czterech latach użytkowania limuzyny jej zmęczony podróżami do serwisu właściciel, zasięgnąwszy porady u adwokata, zwrócił się do sprzedawcy auta z uprzejmą prośbą o wymianę samochodu na analogiczny, ale wolny od wady polegającej na zapalaniu się kontrolki ABS. Na takie dictum sprzedawca pojazdu zawezwał importera, aby zgodnie z procedurą przysłał kogoś do potwierdzenia, że pojawiającej się awarii usunąć nie sposób, gdyż pomimo skutecznych napraw w serwisie (w serwisie nigdy nic się nie wyświetlało) powraca ona, na co wskazują zapisy w pamięci MGW. "Jeżeli zima to oczywiście później, a jak nie to wcześniej" - tak było napisane na firmowym papierze dealera.
Krótka rozmowa przedstawiciela importera z właścicielem limuzyny, który stawił się na spotkanie zaowocowała dodatkowymi wyjaśnieniami. Oto powiedział on, że podczas kolejnych zim nie zgłaszał żadnych reklamacji, gdyż samochód spędzał je w ciepłym garażu w domku w górach. Musiał tam stać, bo po pierwszych opadach śniegu komunikację był w stanie zapewnić tylko drugi pojazd - ten terenowy, zaś po następnych, aż do wiosny - wyłącznie trakcja konno-sanna. Na pytanie w sprawie akumulatora klient wyraził szczere zdziwienie. Instrukcji nie czytał, bo za długa (racja), zaś zgadując (słusznie), że może być w niej uwaga o konieczności okresowego podłączenia długo nie używanej baterii do prostownika uprzedzająco ripostował, iż limuzyna to nie telefon komórkowy by ją w kółko ładować. A zresztą, ciągnął opowieść, samochód niechętnie wprawdzie, ale jednak zapalał. Może dlatego że garaż jest naprawdę ciepły, 20 oC to w nim minimum, w końcu czego się nie robi dla limuzyny.
Analiza zleceń na naprawy potwierdziła sezonowość wizyt klienta i jednocześnie pozwoliła ustalić, że przypadek kwalifikuje się do tych, które literatura fachowa określa eufemistycznie mianem "szczególnych warunków użytkowania". Oto bowiem w ciągu czterech lat samochód przejechał zaledwie 12 tysięcy kilometrów, z czego 6 tysięcy w pierwszym roku. Jak tłumaczył właściciel auta na początku "jeździłem dużo, aby wszystkie niesprawności wyszły na gwarancji, no i wyszło to zapalanie się ABS-u".
Dalej sprawa potoczyła już szybko. Podłączony w celu diagnostycznym tester za nic nie chciał rozpoznać baterii z limuzyny jako akumulatora - oprogramowanie konsekwentnie sugerowało przerwę w przewodach połączeniowych. Dopiero niecnie oszukany wpisem "badany akumulator motocykla" zdecydował się na określenie pojemności na 8 Ah. Tylko w drodze wyjątku i tylko na próbę klient zgodził się na zamontowanie nowego akumulatora, gdyż, popierany przez załogę serwisu, stwierdził, że "to nie może być takie proste". Na odjezdne zapowiedział, iż sfilmuje i zadzwoni, jak się "ABS znów zapali". Nie zadzwonił, co pozwala przypuszczać, że i nie sfilmował "zapalonego ABS-u".
Pora już wyjaśnić jaka była przyczyna całego tego zamieszania z "palącym się ABS-em". Po początkowym okresie w miarę regularnej eksploatacji, gdy auto przejechało kilka tysięcy kilometrów, odstawiono je na przymusowy zimowy postój w trakcie którego został uszkodzony akumulator. Uruchomienie "wiosenne" było możliwe tylko dzięki temu, że silnik był praktycznie ciepły, a to z powodu intensywnie ogrzewanego garażu. Olbrzymi spadek napięcia w instalacji samochodu do jakiego dochodziło podczas rozruchu skutkował jednak zerwaniem komunikacji pomiędzy modułami, co z kolei owocowało zapisem błędu. Podczas jazdy do serwisu akumulator o mocno zmniejszonej pojemności miał czas się naładować, więc znikały warunki do ujawnienia błędu. Tym bardziej nie było ich w trakcie intensywnych jazd próbnych.